|
Kryzys muzyki rockowej jest widoczny gołym okiem - nakłady płyt spadają w zastraszającym tempie, sale koncertowe świecą pustkami, coraz mniej młodych ludzi znajduje w tej muzyce coś dla siebie. 15 czerwca 2000 roku w katowickim "Spodku" było inaczej. Czuć było atmosferę święta, a siedmiotysięczny tłum, złożony z ubranych w większości w czarne podkoszulki i krótkie spodnie młodych ludzi obojga płci, dał się ponieść płynącym ze sceny dźwiękom. Zanim na scenie pojawił się gwiazda wieczoru wystąpił zespół The Dismemberment Plan. Mało znana formacja z Waszyngtonu to ulubieńcy muzyków Pearl Jam i właśnie dlatego zostali oni zaproszeni do otwierania ich europejskich koncertów, Niestety, ich muzyka, w której pobrzmiewały echa nowej fali lat 80., najprawdopodobniej została doceniona wyłącznie przez piątkę ze Seattle - publiczność zebrana w "Spodku" podczas półgodzinnego setu waszyngtończyków była skoncentrowana głównie na skandowaniu nazwy gwiazdy wieczoru. Już samo wejście muzyków Pearl Jam na scenę wywołało wybuch entuzjazmu siedmiotysięcznej publiczności. Mimo pozornie nonszalanckiego podejścia do granych przez siebie dźwięków, członkowie formacji posiedli fantastyczną umiejętność panowania nad tłumem, polegająca głównie na perfekcyjnym stopniowaniu napięcia. Na pierwszy ogień poszły otwory z dwóch ostatnich albumów - "Binaural" i "Yield". Przy zagranym, bodajże jako piątym w kolejności, najnowszym hicie zespołu, "Nothing As It Seems", tłum zafalował, rozbłysły zapalniczki, a publiczność zaczęła śpiewać razem z mistrzem ceremonii - Eddie Vederem. Tak było już do końca koncertu. Poza drobnymi wyjątkami zabrakło kompozycji z wczesnych płyt zespołu, publiczność doskonale przyjmowała jednak utwory z ostatniej płyty zespołu, zarówno te ostrzejsze jak "Breakfall" czy "God's Dice", jak i folkową kompozycję "Thin Air". Zasadniczy set trwał półtorej godziny i w momencie zejścia muzyków ze sceny wiadomo było, że bisy są nieuniknione Zespół zagrał jeszcze przez ponad pół godziny, serwując na zakończenie swój największy przebój noszący tytuł "Alive" i pochodzący z repertuaru Niela Younga standard "Rockin In The Free World". Gdy ucichły dĽwięki, rozgrzana do białości publiczność zgotowała zespołowi owacje jakich dawno w tym kraju nie widziano. Całkiem, zresztą, zasłużone. |